Biznes jak wspinaczka. Z wizytą w lubelskiej drukarni opakowań dla branży farmaceutycznej.
Jego pasją jest wspinanie się na szczyty – zarówno biznesowe, jak i te górskie. Od 10 lat współrządzi lubelską drukarnią Intrograf, w której jest odpowiedzialny za finanse, produkcję i inwestycje. W międzyczasie wykłada na uczelni oraz zdobywa najwyższe szczyty. Na swoim koncie ma Mont Blanc w Europie, Kilimandżaro w Afryce i walkę z Aconcaqua’ą w Ameryce Południowej. Właśnie planuje zdobycie kolejnej góry – Elbrus w Rosji. Dzięki niemu firma na krawędzi, stała się liderem w branży opakowań farmaceutycznych. Mariusz Świetlicki – wiceprezes zarządu w firmie Intrograf, postawił bowiem na specjalizację, ale jak sam przyznaje, czasem łatwiej zdobyć szczyt w górach niż w biznesie. W tym roku najważniejszym celem, oprócz wejścia na Elbrus, jest budowa nowego zakładu na terenie Lubelskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.
Monika Mikołajczak: Jest Pan związany ze spółką Intrograf od 2003 r. Jak wyglądały początki działalności firmy? Czy od razu drukarnia była nastawiona na branżę farmaceutyczną?
Mariusz Świetlicki: Historia firmy jest dosyć burzliwa. Intrograf istnieje od przeszło 50 lat. Przez wiele lat funkcjonował jako spółdzielnia. W 1997 r. nastąpiło przekształcenie w spółkę i przejęcie jej własności przez lubelski Herbapol. Przed zmianami była to mała drukarnia nastawiona na proste druki biurowe. Herbapol chciał natomiast stworzyć drukarnię zaopatrującą go w opakowania do swoich produktów, dlatego też zainwestował w nowoczesne maszyny drukujące oraz w pierwsze maszyny firmy Bobst. To był początek działalności firmy w obecnej strukturze, z nastawieniem na produkcję opakowań. W latach 2001-2002 nastąpiła zmiana właściciela w Herbapolu. Wkrótce potem producent herbat przestał w ogóle realizować zamówienia w naszej drukarni (szacowane na ok. 60 proc. ogólnej sprzedaży). W tym momencie firma została bez zleceń, z nowoczesnym parkiem maszynowym w leasingu, który trzeba było spłacać. Wówczas wraz z Piotrem Tarachą – prezesem zarządu, zostaliśmy wynajęci przez właściciela Intrografu, żeby zrestrukturyzować zakład, znaleźć nowe rynki zbytu, wykorzystać potencjał zarówno maszynowy, jak i ludzki. Pierwsze lata były walką o przetrwanie. Wtedy też zaczęliśmy myśleć o specjalizacji produkcji w aspekcie branży farmaceutycznej. Wydawało nam się, że jest to kierunek dający możliwość rozwoju i stabilizację. W 2005 r. zamknęliśmy proces wstępnej restrukturyzacji i skupiliśmy się na rozwoju działalności oraz specjalistycznych inwestycjach. Obecnie w zakładzie pracuje 160 osób i miesięczne obroty po raz pierwszy w historii przekroczyły 4 mln zł. Pojawiły się także nowe maszyny, m.in. trzy urządzenia marki Bobst. Pracowaliśmy na ten sukces praktycznie 10 lat.
Monika Mikołajczak: Z perspektywy czasu może Pan ocenić czy przemysł opakowaniowy większym wyzwaniem był 10 lat temu, czy obecnie?
Mariusz Świetlicki: W tamtych latach biznes opakowaniowy w Polsce bardzo dynamicznie się rozwijał. Jednak dla nas większym wyzwaniem była restrukturyzacja firmy niż podbijanie rynku. Z pewnością pomógł nam fakt, że rynek był jeszcze nie do końca uporządkowany i można było się na nim „rozepchnąć”. Wtedy były inne wyzwania, dzisiaj są inne – bardziej skupione na specjalizacji i konkurencyjności. Pojawiło się dużo firm zagranicznych, które przejęły część drukarń, przetrwali tylko najsilniejsi. Myślę, że zawsze są jakieś wyzwania, ale teraz jest dużo trudniej zdobyć rynek niż kiedyś, i te firmy, które potrafiły się skoncentrować na potrzebach klienta i wyspecjalizowały w danej branży, mają się całkiem dobrze. Od 2005 r. nastąpiło zawężenie rynku, które zbiegło się w czasie z naszą decyzją o skoncentrowaniu produkcji na przemyśle farmaceutycznym. To wymagało czasu i inwestycji, żeby się dostosować do wymogów branży oraz klientów. Nam ten proces zajął ok. 5-6 la
Monika Mikołajczak: Co zdecydowało o wyborze akurat branży farmaceutycznej?
Mariusz Świetlicki: Gwarancja bezpieczeństwa finansowego oraz szansa na rozwój w wymagającym sektorze. Naszymi klientami byli rzetelni płatnicy, co dawało poczucie stabilności. Ponadto farmacja jest branżą, która sukcesywnie się rozwija. Zapewnia stabilny rozwój przemysłu i nie przeżywa istotnych załamań. Z drugiej strony jest to bardzo wymagający sektor, w związku z czym, dostosowanie się do wymogów rynkowych powoduje, że trudniej potencjalnej konkurencji na ten rynek wejść.
Monika Mikołajczak: Jak w takim razie określiłby Pan branżę farmaceutyczną i jej potrzeby: jest to wyzwanie technologiczne, jakościowe czy inwestycyjne?
Mariusz Świetlicki: Myślę, że wszystkiego po trosze, ale z pewnością jest to wyzwanie organizacyjne (śmiech). Przy produkcji opakowań farmaceutycznych najważniejszą kwestię stanowi bezpieczeństwo, a dopiero później technologia. Problemem jest walka z nielegalnymi opakowaniami. Stosowanych form ochronnych jest wiele, m.in. hologramy – rozwiązanie drogie i niestety zawodne, farby fluorescencyjne, UV oraz mikrodruki, które są zdecydowanie bezpieczniejsze i skuteczniejsze. Równie istotne jest udoskonalanie na bieżąco systemów identyfikacyjnych i zabezpieczających podczas produkcji opakowań, które minimalizują ryzyko pomieszania produktów. Z drugiej strony jest to branża rozwojowa, coraz głośniej mówi się o inteligentnych zabezpieczeniach, chroniących nie tylko przed fałszerzami, ale również monitorujących dawkowanie leku. Myślę jednak, że na takie rozwiązania będzie jeszcze trzeba trochę poczekać. Nasza rola, jako dostawcy rozwiązań, polega również na proponowaniu nowych możliwości. Obecnie pracujemy nad ulotką wklejaną do opakowania. Dotychczas to klient decydował jak ma wyglądać opakowanie, ale ze względu na postęp technologiczny i coraz większe wymagania rynku musimy ze sobą współpracować. Od dwóch lat organizujemy na bieżąco szkolenia dla firm farmaceutycznych. Chcemy mówić z naszymi klientami tym samym językiem – pokazujemy pracownikom z kontroli jakości, zaopatrzenia i rozwoju produktu, na jakim sprzęcie pracujemy, tłumaczymy jakie problemy techniczne musimy pokonać, żeby ułatwić i przyspieszyć produkcję. Szukamy rozwiązań dla krótkich serii produkcyjnych. Tego typu działania pozwalają nam łatwiej ze sobą współpracować i wspólnie rozwiązywać problemy, i to nas wyróżnia na rynku. Jeśli chodzi o same projekty opakowań to nie są one w farmacji zazwyczaj zbyt wyrafinowane, z tego względu, że z lekami na receptę pacjent nie ma styczności w aptece, ponieważ są podawane „z szuflady”. Tylko w przypadku lekarstw widocznych na półkach można zauważyć uszlachetnienia jak np. strukturalne lakiery czy złocenie na gorąco.
Monika Mikołajczak: Jedną z kluczowych ról w produkcji opakowań farmaceutycznych pełnią systemy wizyjne. W którym momencie produkcji są one niezbędne?
Monika Mikołajczak: Niedawno dyskutowano w Unii Europejskiej na temat ujednolicenia przepisów dotyczących kodu Braille’a na opakowaniach, tzn. wysokości punktów, kąta nadruku i wprowadzenia automatycznej weryfikacji za pomocą elektronicznych systemów kontroli. Jak obecnie wygląda produkcja opakowań z takimi oznaczeniami i jakie mogą być konsekwencje uregulowania ich odgórnie?
Monika Mikołajczak: Rozmawiając o tłoczeniu znaków Braille’a nie sposób nie spytać, która maszyna jest lepsza: sztanca czy składarko-sklejarka?
Mariusz Świetlicki: Na sztancy można uzyskać trochę większy i pełniejszy punkt, tłoczniki są wyraźniejsze, a siła nacisku większa. Natomiast pod kątem efektu ekonomicznego istnieje przepaść pomiędzy składarko-sklejarką a sztancą. Przede wszystkim narzędzia do składarko-sklejarki kosztują znacznie mniej, czas przygotowania produkcji jest skrócony do minimum. Ponadto przy tak dużej wrażliwości punktu, duża ilość narzędzi stosowanych na sztancy powoduje większe ryzyko błędu – trzeba kontrolować dwadzieścia tłoczników, sprawdzać na bieżąco czy gdzieś nie odpadł punkt, czy docisk jest odpowiedni, itp. Z kolei ustawienie składarko-sklejarki to dla sprawnego operatora kilkanaście minut, łącznie z kontrolą docisku. Kontrolujemy jedno narzędzie, nie kilka. Moim zdaniem składarko-sklejarka zapewnia większe bezpieczeństwo, łatwiejsze ustawienie i szybszą produkcję
Monika Mikołajczak: Jak wygląda oferta zakładu w Lublinie. Czy składa się tylko z produkcji opakowań dla branży farmaceutycznej?
Mariusz Świetlicki: Zdecydowanie zakład (śmiech). Wchodziłem na wyższe góry niż Elbrus. Zdobycie szczytu zajmuje około tygodnia, a budowa zakładu to miesiące przygotowań i efekt na wiele lat. Wspinaczkę po górach traktuję jako miły przerywnik od rzeczywistości.
Monika Mikołajczak: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę jeszcze wielu sukcesów na szlaku zawodowym i wysokogórskim!
Nobel dla Bobsta
|